Słaba płeć II

243

Zgodnie z obietnicą, odpowiedź redakcji (Tygodnik Szachowy, 19 listopada 1898 r.) na list czytelniczki, który opublikowałem we wczorajszym artykule.

Ale popatrzmy też na fotografię (TSz 22 października 1898). To ilustracja artykułu “Życie szachowe w Warszawie”, który tak oto się zaczyna: “Pomiędzy zakładami, w których szachy są uprawiane, najpierwsze miejsce zajmuje cukiernia p. Nowickiego na rogu Alei Jerozolimskiej i ulicy Brackiej.” O dostęp do takich to cukierni dla Pań apelowała autorka listu.

A teraz odpowiedź redakcji. Nie będzie miło!

Zanim wypowiemy zdanie o przedmiocie, poruszonym w liście, musimy złożyć podziękowanie Autorce za udzieloną nam sposobność pomówienia w tej sprawie.

We wszystkich gałęziach i gałązkach tego olbrzymiego dziś drzewa, zwanego kwestją kobiecą, drzewa usiłującego zdobyć dla siebie przestrzeń, powietrze i słońce, widzimy krążące soki rozmaite: płynie tam przedewszystkiem chęć zdobycia sobie kawałka chleba przez białogłowy, chęć udowodnienia swoich równych zdolności i nareszcie chęć pozyskania równych praw społecznych i towarzyskich.

Chleba–szachy  u nas nie dają. Co do zdolności-dotąd wprawdzie kroniki szachowe nie notują ani jednej genjalnej szachistki, ale dzień wczorajszy nie jest miarodajnym dla dnia jutrzejszego. Pozostają tedy prawa i przywileje towarzyskie, a właściwie jeden tylko przywilej: grywania w szachy w cukierniach-nie w porze rannej, ale w godzinach odpoczynku-popołudniowych lub wieczornych. Aby tej przyjemności używać, potrzeba mieć wiele zapału i wiele wytrwania. Ani wątpić, że szachiści – jako szachiści – mieliby wszelkie przyczyny zadowolenia z licznego uczestnictwa pań w codziennych zapasach. Właściciele cukierni i tym podobnych zakładów, postaraliby się o lokale obszerne i dobrze urządzone, słowem, daliby wszelkie wygody, jakich brak dotkliwie nieraz uczuć się daje. Co więcej-choćby nawet między warszawiankami grającymi w szachy były wirtuozki znakomite, ogromna większość należy z pewnością do cechu partaczy-(przepraszamy, jeżeli to brzmi nieparlamentarnie; zato jest lepsze, niż upowszechniony niemiecki wyraz: fuszer). A właśnie wojsko szachistów składa się przeważnie z partaczy; wielkich wodzów, rozgłośnych w całym świecie, możnaby niemal jednym tchem wymienić. Dla wielu szachistów im słabszy zapaśnik, tem przyjemniejszy partner. Jeden ze znakomitych szachistów, zapytany, czy uważa grę w szachy za pracę czy za wypoczynek, odpowiedział: gra z takim Steinitzem albo Czygorynem jest ciężką pracą: gra z partaczem-to najmilsze wytchnienie.

Flirt? Czy można flirtować przy zawziętej partii? Czy zresztą zwolennicy i zwolenniczki tego… sportu nie znajdują do niego sposobności wszędzie, nawet w miejscach najpoważniejsze, najpodnioślejsze myśli budzących?

Łaskawa Autorka omawianego listu mówi o nadzorze ze strony cukierni nad obyczajami gości. Któż ma wykonywać ten nadzór: czy kelner, który obsługuje gości i do nich za tę obsługę jest płatny? Czy możliwy zresztą jest nadzór taki? Owszem, dla szachistów pożądaną byłaby nawet poprawa atmosfery moralnej, spowodowana wkroczeniem zastępu niewieściego. Niejeden koncept niesmaczny spaliłby na panewce, zamiast wystrzelić; niejedna para kogucików ostygła by pod zimnem, karcącem spojrzeniem współtowarzyszek i zaniechałaby sprzeczki, albo prowadziłaby ją w bardzo złagodzonym tonie.

Każdy z nas, szachistów, jest jednocześnie człowiekiem. Otóż jako ludzie mnóstwo szachistów wyrzuca sobie bywanie w cukierni na szachach.

Z początku zapał, później nałóg ciągną jednakże do pstrokatego stolika. Paniom brak tego zapału, nie popadacie tedy w nałóg. Czy mamy nad tem ubolewać-jako ludzie? Kobiety gdy grę polubią, oddają jej się z większą jeszcze zapalczywością niż mężczyźni. Dowodem tego Monaco, gdzie damy tracą nawet fizjognomję niewieścią przy rulecie, dowodem zielone stoliki, przy których najnamiętniejszymi graczami są… kobiety.

Ogniska domowe, już i tak niezbyt gorące, ostygłyby do reszty, gdyby kobiety nasze oddały się grze po cukierniach, kawiarniach i restauracja.

Nie, łaskawa Pani, dajcie spokój grze w cukierniach; zaczem nie idzie, abyśmy nie mieli zachęcać do szachów w domu, jako rozrywki i szlachetniejszej i bardziej towarzyskiej, niż karty.

Ta ostatnia zaleta może się komuś wydać wątpliwą-ale z naciskiem powtarzamy: gra w szachy jest bardziej towarzyska niżeli gra w karty. Zajmującej partji szachów przygląda się bardzo ciekawie cała gromada widzów; każdy jest poniekąd współgrającym. Interesująca pozycja bywa rozbierana przez świadków na oddzielnych szachownicach. Tymczasem gra w karty zajmuje tylko uczestników i po stasowaniu zgranej talji wyjątki tylko pamiętają czas jakiś kombinacje szczególne, jakie zdarzyć się mogły.

Znamy rodzinę, w której zwykle raz na tydzień rozgrywa się turniej z uczestnictwem wszystkich jej członków. Mocniejsi gracze dają słabszym odpowiednie przeddatki (fory). Z małych stawek tworzą się nagrody dla zwycięzców.

Prawda, że gra z tymiż samymi wciąż partnerami jest mniej zajmującą i mniej pouczającą. Ale na to sposób łatwy: „Tygodnik szachowy” ogłasza turniej korespondencyjny. W takim turnieju mogą zwolenniczki szachów uczestniczyć bez obawy tych wszystkich następstw, jakie pociąga za sobą gra w cukierni.

Całe kluby damskie w takiej np. Anglji grywają partje korespondencyjne i nieraz zwalczają przeciwników mężczyzn.
Stawka zdawać się może wysoką(*). Ale gdyby się znalazło grono amatorów turnieju ze stawką niższą, toć i taki jest możebny, a my do jego zorganizowania chętnie się przyczynimy.

(*) redaktor odnosi się z pewnością do turniejów korespondencyjnych organizowanych przez “Tygodnik Szachowy”. W turniejach tych obowiązywało wpisowe. W anonsach o turniejach przeczytać możemy: “Życzący przyjąć udział w turnieju, winien złożyć do dnia … rubli 10 tytułem stawki“. Czy to było dużo? Roczna prenumerata “TSz” “wraz z przesyłką” kosztowała 4 ruble.