Na wesoło

265

Dzisiaj jest taki dzień gdy trzeba się uśmiechnąć.

Ostatnio miałem sporo okazji do rozmów po rosyjsku (ukraińskiego niestety nie znam). Jak zwykle przy takich okazjach obie strony opowiadają sobie różne śmieszne historyjki.

Każdy kto jest pierwszy raz w Polsce nie może się nadziwić ile jest wokół sklepów. Dlaczego? Otóż słowo SKLEP zarówno po rosyjsku jak i ukraińsku oznacza mniej więcej to samo co krypta cmentarna. Później zaczynają się dziwić, że na szyi zawiązujemy sobie … łóżko (czyli krawat). Nas z kolei dziwi, gdy pytają się czy mogą usiąść na dywanie (sofa po polsku) itd.

W mojej sędziowskiej praktyce zdarzało mi się zapominać jak ważny jest akcent. Różnice w akcentowaniu między naszymi językami bywają bardzo ważne.
Słowo „pisać” to po rosyjsku „pisat”. W zasadzie tak samo. Normalną sprawą jest, gdy sędzia przypomina, że „pisać trzeba do końca partii”. Kłopotu nie ma, jeżeli zgodnie z zasadami powiemy z akcentem na ostatnią sylabę, czyli „pisaT”. Jeżeli jednak powiemy z polskim akcentem „pIsat” , to mimo że mówimy to samo ale oznacza to … (mówiąc delikatnie) „siusiać”. Nie trudno wyobrazić sobie reakcję młodych warcabistów gdy to usłyszeli od sędziego. Co odważniejsi reklamowali, że nie dadzą rady, bo pozałatwiali już te sprawy przed rundą.

Z kolei nasi południowi sąsiedzi, to dla nas istna kopalnia dowcipów. Uwielbiam tam wypoczywać, bo oprócz wybornej kuchni i napitków, po prostu dookoła jest wesoło. Ot choćby reklama na zdjęciu mówi o „dennym i czerstwym” co nam się kojarzy zupełnie inaczej niż „codziennie świeże”. Kiedy obok was Czech analizuje partię i mówi „chyba” to nie oznacza, że nie jest pewien tego posunięcia ale że to jest błąd (chyba po czesku).

Podzielę się dwoma warcabowymi historyjkami związanymi z Czechami.

Styczeń 1983. W Brnie gramy mecz na 10 warcabnicach. Oczywiście nie samymi warcabami człowiek żyje. Świetnie mówiący po polsku Karel Henc zaprosił nas do opery w której śpiewały jego siostra i żona. Wystawiano „Mademe Butterfly” Pucciniego. Wszystko by było fajnie, gdyby nie dwie okoliczności. Była nas dziesiątka, w większości dwudziestoparolatków. No i najważniejsze … śpiewano po czesku!!! Piękne, dramatyczne arie … w tych „okolicznościach przyrody” wzbudzały w nas śmiech gdy wokół wszyscy wycierali chusteczkami łzy z oczu.

Połowa lat osiemdziesiątych. Złota Praga. Znany doskonale u nas turniej. Jeszcze bardziej po spektakularnych sukcesach Sebastiana Wieczorka. W pierwszych latach to nie był jednak turniej w znanej nam obecnie formule OPEN, organizatorzy zapraszali do udziału. Podróżowanie w ramach bloku socjalistycznego (nazywało się to Kraje Demokracji Ludowej) wyglądało zupełnie inaczej niż teraz i niemal zawsze wymagało jakiś formalności.
Vaclav Krista postanowił zaprosić Stanisława Markowskiego i wysłał mu zaproszenie na firmowym papierze federacji. Oczywiście po czesku. Oczywiście wszyscy świetnie rozumiemy Czechów!
Nic bardziej mylnego.

W zaproszeniu był podany adres, że w Pradze, że dama i że turniej będzie w miesiącu kveten. Pewnego kwietniowego wieczora do mieszkania Vacława puka Stanisław Markowski.
A ty co tutaj robisz???
– No jak to, zaprosiłeś mnie na turniej!
Tak, ale turniej jest za miesiąc!
Po chwili wszystko było jasne … kveten po czesku to … MAJ.

Wesołego dnia:
Kecaj Ikcilwap